poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Miniaturka

          Minerwa McGonagall upięła swoje włosy w koka i założyła pelerynę. Przejrzała się w lustrze. Jak każda normalna nastolatka lubiła wiedzieć, że wygląda dobrze. Choć czegoś jej brakowało. Tego luzu. Ale choćby bardzo chciała nigdy nie mogła sobie na niego pozwolić. Zawsze była ułożona i było to dla niej cecha ważna niczym cnota. Nie potrafiła odstąpić od tej reguły. Może wyjątkiem były mecze Quiddicha, kiedy dawała się ponieść emocjom, a włosy, choć związane w kitkę powiewały jej szaleńczo pod wpływem wiatru.
Była na siódmym roku w Hogwarcie, jest prefektem naczelnym i kapitanem drużyny Quiddicha chcącym za wszelką cenę pokonać okropnych Ślizgonów!
Wyszła ze swojego prywatnego dormitorium, zatrzymując się w pokoju wspólnym gryfonów, by zaczekać na swoją dobrą koleżankę, Lenę Williams. Usiadła na sofie, kilka razy poprawiając koka, by upewnić się, że się jej nie rozwiążę. W pokoju nie było za wiele osób. Tylko pierwszoroczniacy, którzy pewnie już zjedli śniadanie i poszli przygotowywać się na zajęcia. Chociaż i tak każdy jest zajęty balem walentynkowym. Co za głupota! Powinni skupić się na nauce, a nie na imprezach. Tylko to im w głowie.
Choć sama nie ukrywała, że też wyczekuję tego balu. Chciała, a wręcz marzyła o tym, by pewien Krukon o tajemniczym spojrzeniu i olśniewającym uśmiechu zaprosił właśnie ją. Lecz ona nigdy z nim nie rozmawiała. Siedzieli razem na Historii Magi, lecz on tak samo jak ona skupiali się na tym co mówi profesor Binns. I tym jej właśnie imponował. Podczas, gdy reszta chłopców drzemała, robiła sobie żarty lub podrywała koleżanki on pilnie się uczył i uważał na lekcjach.
Dalej rozmarzona, nawet nie usłyszała, że ktoś zszedł po schodach i zaszedł ją od tyłu. Dopiero, gdy tajemniczy osobnik zakrył jej oczy rękoma pisnęła i lekko podskoczyła ze strachu.
- Zgadnij, kto to? – Usłyszała figlarny głos swojej koleżanki- Leny.
- Daj spokój, byłam o krok od zawału. – powiedziała, zdejmując ręce panny Williams. Automatycznie wstała i spojrzała na swoją przyjaciółkę. Jak zawsze jej gęste, blond loki  były „uwolnione” i wędrowały tam, gdzie im się żywnie podobało. Figlarne, zielone oczy patrzyły na nią spod wachlarza czarnych jak smoła rzęs, a pomalowane czerwoną szminką usta uśmiechały się czarującą. Ona była taka piękna. I taka na luzie.  Mundurek nosiła jak tylko chciała, a kiedy Minerwa próbowała coś zrobić ze swoim natychmiast uznawała, że to zły pomysł i nosiła go tak jak powinna.
- Nie bądź taka spięta, Mini. – Puściła do niej oczko, a McGonagall tylko wywróciła oczami. – Idziemy?
- Jasne. – Westchnęła i razem udały się do wyjścia. Powędrowały na sam dół do Wielkiej Sali. Uczniowie dopiero się tam gromadzili była wczesne godzina. Minerwa właśnie miała wejść, kiedy ktoś ją wyprzedził szturchając mocno ramieniem. Kiedy ujrzała, kto dostąpił tak haniebnego czynu, nie mogła powstrzymać się od złośliwej uwagi.
- Nauczyć się chodzić, Robins. – syknęła, a chłopak odwrócił się do niej i uśmiechnął złośliwie. Edward Robins. Ślizgon. Prefekt Naczelny. Kapitan reprezentacji Slytherinu. I jej największy wróg. Nie dość, że nienawidziła wszystkich z domu węża, to jeszcze ten chłopak naraził się jej wiele razy podczas meczu. Zawsze ją faulował i to zazwyczaj przez niego Minerwa nie zdobywała takiej ilości punktów, jaką powinna zdobyć.
 - O toż to nasza napięta jak struna Minerwa Mc-Zawsze-Dziewica.
Zarumieniła się, słysząc swój przydomek nadany przez Edwarda. On był taki nietaktowny!
- Mógłbyś przestać mnie tak nazywać?
- A co? Ktoś się rozdziewiczył? – Zaśmiał się szyderczo.
- Daj spokój, Robins! – Wtrąciła Lena.
- Jasne, jasne! – Uniósł ręce w geście poddania się. – Widzimy się na meczu, Mc-Zawsze-Dziewico!
- Jak on mnie wkurza! – warknęła i szybkim krokiem pomaszerowała w stronę stołu Gryfonów, a Lena popędziła szybko za nią i usiadła tuż obok niej.
- Nie przejmuj się tym idiotą. – powiedziała, nalewając sobie jak i jej sok dyniowy.
- Wiesz… to nie ciebie nazywa Mc-Zawsze-Dziewicą. – Odwróciła głowę, by ukryć zaczerwienione policzki od wstydu.
- Daj spokój! Jak zdobędziesz dla naszej drużyny Puchar Quiddicha to odszczeka wszystko!
Minerwa uśmiechnęła się w stronę swojej przyjaciółki, a ona odwzajemniła gest.
Po zjedzonym śniadaniu udała się na lekcję transmutacji. Jej ulubiony przedmiot. Była w nim znakomita. Jedyne co w nim nie lubiła to to, że ta lekcja jest z Ślizgonami. Mogła tylko czekać na następną lekcje jaką jest Historia Magii. Jak na razie skupiła się uważnie na lekcji, słuchając co profesor Dumbledore karze im wykonać. Rozdał wszystkim po szczurze i kazała zamienić go w srebrny puchar. Podczas, gdy reszta całą lekcję męczyła się z tym zadaniem Minerwa wykonała je przez pierwsze pięć minut, a potem miała czas wolny. Mogła już odejść i mieć szybciej przerwę.
- Moja droga, panno McGonagall, jak tak dalej pójdzie to nie widzę powodów, dla którego miałaby pani przychodzić na moje lekcję. – Uśmiechnął się profesor Dumbledore.
- Dziękuję, panie profesorze. – odparła pakując ostatni podręcznik do torby. – Jednak uważam, że jeszcze trochę nauki przede mną. Do widzenia! – powiedziała.
- Skoro pani tak mówi. Do widzenia! – pożegnał ją, a Minerwa szybko wyśliznęła się z klasy wprost do pokoju wspólnego Gryfonów, gdzie usadowiła się wygodnie na kanapie i wyjęła „Poradnik transmutacji dla zaawansowanych”. Wyprzedziła już klasę o parę rozdziałów, ale ciągle jej było mało. Uważała, że powinni przyśpieszyć proces nauczania i wziąć się srogo za tych gamoni, którzy się do takowego przedmiotu nie przykładają. Wtedy ludzie wychodziliby z tej szkoły mądrzejsi. A nie to co taki Edward Robins!
Ach! Nikt inny nie potrafił jej tak zdenerwować i poniżyć jak on. Na pierwszym roku w ogóle nie zwracała na niego uwagi. I tak się działo, aż do piątego, kiedy zauważyła jak bardzo jest przystojny. Jednak tak szybko jak zbudował sobie u niej dobre zdanie, tak samo szybko je zniszczył. Okazał się on być leniwym, parszywym idiotą, który uwielbiał ją upokarzać na każdym kroku. Nie wiedziała, czym sobie zasłużyła na jego nienawiść. Czy może chodziło o różnicę domów, o Quiddicha, a może o jeszcze coś innego?
Chyba nigdy go nie zrozumie.
Wkrótce w pokoju wspólnym zaczęło się roić coraz więcej osób, w tym jakieś czwartoklasistki, które usiadły obok niej i wesoło szczebiotały o balu walentynkowym.
- To już za tydzień, Clary! Ja już mam partnera, a ty? – spytała dumnie.
- Pewnie, że mam! Rodzice mi już nawet wysłali suknie! Jest taka piękna!
I właśnie w tej chwili zdała sobie sprawę z bardzo ważnych rzeczy. Nie ma ani partnera ani sukni. Jeśli teraz na lekcji Historii Magii Alaric Nelson- Krukon, którego ubóstwia nie zaprosi jej na bal to nie będzie już żadnej innej okazji i pójdzie na bal sama albo w cale i co najważniejsze nie ma żadnego stroju.
Zerwała się na równe nogi i wyskoczyła z pokoju gryfonów, pędząc wprost do sowiarni. Rodzice muszą jej coś wysłać! Cokolwiek choćby i spódniczkę! Będąc już tam w pośpiechu napisała list i przyczepiła do jednej sów. Ta rozłożyła skrzydła poleciał hen wysoko.
Odetchnęła z ulgą i ruszyła tym razem wprost na Historie Magii. W klasie uczniowie dopiero co zaczęli się zbierać. Jednak Alaric już siedział na swoim miejscu. Nieco spięta ruszyła w kierunku pierwszej ławki i usiadła obok niego, a w jej żołądku coś się przewróciło.
„Uspokój się, Minerwo. Zawsze obok niego siedzisz.”
- Minerwa, tak? – Usłyszała jego ciepły głos i odwróciła wzrok, a jego czarne tęczówki zajrzały w głąb jej brązowych.
- Tak. – odparła, przełykając ślinę.
- Jestem Alaric Nelson. – Uśmiechnął się w jej stronę. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy, ale zawsze ci się przyglądałem. Szczerze mówiąc polubiłem cię i może wyda ci się to dziwne, ale czy nie zechciałabyś pójść ze mną na bal walentynkowy? – Mówił bardzo szybko, ale każde słowo wyraźnie dotarło do osłupiałej McGonagall. Czyli jednak marzenia się spełniają.
- Jasne, pewnie, czemu nie? – Uśmiechnęła się nerwowo i odwróciła speszona wzrok. – To naprawdę świetnie… - dodała ciszej, na co Krukon również się uśmiechnął.
Razem rozmawiali dopóki przez ścianę nie przeszedł profesor Binns i nie oświadczył swoim nudnym głosem, że lekcja się już zaczęła i prosi o ciszę. Całą lekcje choć uważała i zapisywała dokładnie notatki zleciała jej na rozmyślaniach jak to będzie na balu. Co się wydarzy i co najważniejsze, w co będzie ubrana?
Po lekcji już miała wychodzić z klasy, lecz dogonił ją Alaric i przyjaźnie do niej zagadał. Tak minął jej cały tydzień. Na rozmowach z przemiłym Krukonem, bez Edwarda. Bez jego „Mc-Zawsze-Dziewica” i ciągłego dokuczania jej.
Nadszedł dzień balu, a sowy od jej rodziców jak nie było tak nie ma. Minerwa nerwowo rozczesywała swoje grube, brąz włosy. To naprawdę była najgrosza sytuacja jej życia. Z łazienki właśnie wychodziła Lena, wycierając swoje włosy. Razem przygotowywały się do balu i dlatego postanowiły to robić w dormitorium Minerwy, by nikt im nie przeszkadzał.
- Minerwo nie szykujesz się?
- Tak się składa, że nie mam jak. – jęknęła i odrzuciła na łóżko szczotkę, gdyż jej włosy nigdy nie były już bardziej rozczesane.
- Jak to?
- Nie mam sukni.
- Co? I ty mi nic nie mówisz?! Załatwiłabym ci coś! – obruszyła się i spojrzała nieco przerażona na Minerwę. – I co teraz?
- Albo zakładam jakąś zwyczajną spódniczkę albo czekam na cud!
Jak na zawołanie do okna coś zapukało. Minerwa zerwała się na równe nogi i po dwóch susach była już przy oknie. Otworzyła je i do pokoju wleciały dwie sowy, dzierżąc dość dużą paczkę. McGonagall wręcz się na nią rzuciła. Szybko ją otworzyła, a jej oczom ukazał się śnieżnobiały materiał sukni, dwa również białe buciki na obcasie i kartka. Przeczytała list nadesłany od niewiadomego adresata.
Droga Minerwo!
Do paczki załączam sukienkę i buty, liczę na to, iż zrobisz z nich dobry pożytek.
Ktoś, kogo bardzo dobrze znasz.
- Ktoś kogo bardzo dobrze znam… - powtórzyła i oddała liścik przyjaciółce, która zaczynała wręcz o niego błagać.
- To na pewno Alarcic! – zakrzyknęła po przeczytaniu tekstu z co najmniej trzy razy.
- Tak myślisz? – spytała, stawiając buciki na podłodze i zabierając się za sukienkę. Powoli wyjęła materiał z pudełka i przypatrzyła jej się z ogromnym uśmiechem.
- Jest piękna. – powiedziała Minerwa. – Idę ją założyć!
- Koniecznie!
McGonagall czmychnęła szybko do łazienki i tam założyła swoją sukienkę. Przeglądała się już od jakichś dziesięciu minut swojemu odbiciowi. Sukienka pasowała jak ulał i wyglądała w niej olśniewająco. Sięgała do kolan, choć tył miała odrobinę dłuższy. Barki w większości miała odkryte, gdyż „rękawy” schodziły niżej na ramiona, ukazując tym samym znaczną część dekoltu, choć jeśli chodzi o jej piersi, które były ni za wielkie ni za małe, to z nich ukazywał się sam ledwo dostrzegalny przedziałek. Tuż pod piersiami była przewiązana kremową wstążką, z której na samym środku na przodzie została zrobiona kokardka.
W końcu uznała, iż musi wyjść i pokazać się Lenie. Tak też zrobiła. Blondynka zareagowała na nią tak samo jak ona sama. Oniemiała z wrażenia.
- Mini, wyglądasz cudnie! – wykrzyknęła i podeszła bliżej, przyglądając jej się z podziwem. – Wszystkim szczęki opadną, a temu Robinsowi odechce się nazwać ciebie sama wiesz jak! – Puściła do niej oczko, a potem jeszcze raz zmierzyła ją od stóp do głów. Widać było, że jej przyjaciółka nie mogła wyjść z podziwu, chociaż sama miała na sobie piękną, leciutko różową sukienkę bez ramiączek, sięgającą jej do kolan.
- Już się mną tak nie zachwycaj, Leno. Ty także musisz się uszykować.
- Ach! Ale nie mogę się napatrzeć! – powiedziała, ale widząc karcące spojrzenie przyjaciółki, zaraz się zmobilizowała. – No dobra, dobra idę… - I zniknęła za drzwiami łazienki.
Minerwa w tym czasie nadal wgapiała się w swoje odbicie. Myślała nad tym by rozpuścić włosy, lecz szybko zrezygnowała z tego pomysłu i spięła je w ciasnego koka jak zawsze. W końcu nigdy nie dopuściła do siebie tak dużo luzu jak dzisiaj wieczorem, ale już za dużo jak na nią. Czułaby się bardzo niekomfortowo, gdyby przegięła choć jeszcze trochę. Nie lubiła się za bardzo wychylać, a ta sukienka już i tak za bardzo przyciągała spojrzenia ludzi, a bynajmniej tak się jej zdawało po reakcji Leny. Swoim związaniem w koka nieco zepsuła efekt, ale to nawet dobrze. Chciała zaimponować Alaricowi i zrobi to dzięki swojej sukience, ale przeginać nigdy nie zamierzała.
Napięta jak struna.
Przytoczyła sobie słowa Alarica i skrzywiła się lekko. Pozwoli sobie na jeszcze odrobinę luzu.
Wzięła szminkę, która leżała na jej łóżku, był to kosmetyk Leny, ale wiedziała, że może go użyć. Pomalowała nią swoje usta i uznała, że na dziś wystarczy.
Z łazienki wyszła już kompletnie uszykowana Lena. Miała na sobie swoją różową sukienkę, a włosy związała w koka, kilka natarczywych kosmyków wciąż spoczywała przy jej twarzy, jednak to dodawało jej uroku. Rzęsy wydłużyły się za sprawą tuszu, a delikatny, kremowy cień spoczywał na jej powiekach, policzki były nienaturalnie zaróżowione, lecz wyglądały słodko, a usta błyszczały się od błyszczyku.
- Mini! Chyba sobie żartujesz! Siadaj natychmiast! Ja cię pomaluję!
- Daj spo… - Jednak Lena przerwała jej, sadzając ją na krzesło i nim zdążyła wymówić choćby „Transmutacja” już zabierała się z tuszem i cieniem za jej oczy. Wkrótce skończyła swe dzieło, a na powiekach Minerwy zaległ delikatny brąz, a rzęsy pokrył tusz.
- Jeszcze rozpuść włosy i będzie idealnie!
- Wykluczone. Już i tak za bardzo zaszalałam. – odparła z powagą, zabierając swoją torebkę. Fakt faktem to zawsze jej włosy wszystko psuły, wyglądała dobrze, kiedy przy twarzy miała choćby jeden kosmyk włosów, ale ona na to nie pozwalała, było jej po prostu z tym niewygodnie, a jej nie przeszkadzało, że nie wygląda jak bogini. Zawsze dbałą tylko o to, by wyglądać schludnie i ładnie.
- Ojej, Mini. – Zasmuciła się Lena, jednak „Mini” nic sobie z tego nie zrobiła.
- Lepiej się pośpiesz, bo twój Marcus nie będzie czekał na ciebie wieczność. – powiedziała z uśmiechem i wyszła. Przeszła przez pokój wspólny Gryfonów, gdzie już nikogo nie było. Każdy znajdował się teraz na balu. Ona również zaraz tam będzie. Wyszła, a tuż przed portretem grubej damy stał Alaric. Omiótł ją wzrokiem i uśmiechnął się do niej czarującą.
- Wyglądasz fantastycznie, Minerwo.
- Dziękuję, Alaricu. – odparła, a jej kąciki ust podskoczyły natychmiastowo w górę.
Przeszli w ciszy wprost do Wielkiej Sali. Właśnie wybiła jedenasta. Bal trwał już od dawna, ale im to nie przeszkadzało. Ruszyli zaraz na parkiet i nie odstępowali siebie na krok przez bitą godzinę tańców. Jednak, gdy podczas ich już prawie setnego tańca, ktoś krzyknął „Odbierany” i porwał Minerwę gdzieś dalej w stronę drzwi.
- Ładna sukienka, Mc-Zawsze-Dziewico. – Usłyszała drwiący głos tego durnego  Ślizgona.
- Och, to ty. – mruknęła z niesmakiem.
- Widzę, że się cieszysz. – Uśmiechnął się szelmowsko, a ona tylko wywróciła oczami. – Wiesz, Mc-Zawsze-Dziewico, zabieram cię daleko stąd czy ci się to podoba czy nie.
- Co? O czym ty…? – Nie zdążyła dokończyć, gdy wkrótce Robins trzymał ją mocno za nadgarstek i wyprowadzał z Wielkiej Sali. Zmarszczyła brwi i zaczęła się wyrywać, lecz na próżno. Edward Robins był o wiele silniejszy od niej. – Masz mnie natychmiast puścić! – wrzasnęła. Właśnie wychodzili na dwór. – Jeśli tego nie zrobisz to… - Ucięła, a on zamaszyście zatrzymał się tuż obok leżącej na ziemi miotle.
- To co, McGonagall? Nikt cię nie usłyszy, trwa bal, jest głośna muzyka, a potem sama nie będziesz chciała mówić o tej przyjemnej przygodzie. – Uśmiechnął się i nadal mocno ściskając ją za nadgarstek wsiadł na miotłe.
- Przyjemna przygoda? Z tobą? – Prychnęła.
- Lepiej usiądź, bo ostrzegam, że zaraz ruszam, a w planach nadal mam ciebie trzymać, a nie będzie za ciekawie, jeśli nie będę mógł utrzymać twoje cielska.
- Nigdzie nie wsiadam! – Oświadczyła stanowczo.
- Więc: Hop! – Uniósł się parę cali w górę, a Minerwa pisnęła i sama kurczowo się go złapała.
- Ty kanalio! Ty nędzna szumowino!
Edward się tylko zaśmiał. Minerwa nie była ciężka, a była leciutka, więc mógł z nią tak lecieć i lecieć, a sądząc po sytuacji to jest najprawdopodobniejsza opcja. Więc uniósł się jeszcze wyżej, a Minerwa dalej klęła pod jego adresem. Dziewczyna miała już go serdecznie dosyć! Zawsze musiał jej dogryźć, zdeptać ją i zranić! Nigdy nie myślała, że zrobi coś tak okropnego! Teraz musi lecieć trzymana jedynie za ręce, ale na pewno za żadne skarby nie wsiądzie na tą miotłę! Nie będzie mu uległa! Zniszczył jej najcudowniejszy wieczór życia, a zamienił go w piekło. Tak bynajmniej jej się zdawało. Wkrótce poczuła, że lądują, a ona nie wie gdzie właściwie są. Nie wolno im opuszczać Hogwartu, a ten gnojek robi to co robi.
Poczuła upragniony grunt i zachwiała się pod wpływem lądowania. Lot zniszczył jej koka- jakby sflaczał, a kosmyki brąz włosów pouciekały z idealnie zrobionego więzienia.
Edward, widząc ją w takim stanie zaśmiał się pod nosem i zlazł z miotły.
- Zaraz wrócę, stój tu i czekaj na mnie.
- Jakbym miała jakiś wybór. – Prychnęła i czekała z nadzieję, aż zostawi tutaj miotłę, jednak nic takiego się nie stało. Edward wziął ją ze sobą i wszedł do jakiegoś sklepu. Przebiegły gnojek! Przeczytała szyld tego sklepu i zrozumiała, że ta kanalia chce ją upić! Wkrótce wyszedł z torbą pełną butelek z Ognistą Whisky. Usiadł na miotle i z powrotem złapał ją za nadgarstek.
- Tym razem wsiadasz, czy nadal mam cię trzymać niczym jakąś zdobycz.
- Wsiadam. – powiedziała z westchnięciem i usiadła na miotle, trzymając się odrobiny poręczy jaka jej została, było to bardzo trudne.
- Możesz złapać się mnie.
- Prędzej umrę.
Usłyszała jeszcze jego ciche westchnięcie, po czym szybko oderwali się od ziemi i poszybowali w górę. Minerwa cały czas była skupiona na trzymaniu małego skrawka rączki i na tym, żeby nie spaść. Zamykała kurczowo oczy, modląc się by w końcu wylądować, co zdarzyło się jej po raz pierwszy w życiu- chęć zejścia z miotły. Co ten Edward z nią robi!
Wkrótce poczuła, że się zniżają. Coraz bliżej ziemi. Bliżej, bliżej i… są! Nareszcie. Dotknęła ziemi stopami i natychmiastowo zsiadła z miotły. Otworzyła oczy i rozprostowała palce, które przez całą podróż mocno zaciskała. Rozejrzała się po otoczeniu. To stąd odpływali pierwszoroczniacy.   Po drugiej stronie jeziora roztaczały się błonia, a tuż za nimi malował się pięknie zamek Hogwart. Wśród gwiazd i księżyca wyglądał naprawdę olśniewająco. Szybko jednak wyrzuciła z głowy tą myśl i zrozumiała, że za nią nadal jest ktoś niepożądany.
Odwróciła się, a jej włosy najeżyły się niczym u wściekłej kotki.
- Po co u licha mnie tu przeniosłeś?
- Żebyś się trochę wyluzowała. – powiedział, wciskając w jej ręce jedną z butelek ognistej whisky. Spojrzała na nią krytycznie. Nie była fanką alkoholu, a jeśli miała już pić to tylko w kieliszkach, a nie w gwintu jak jakaś neandertalka. Z drugiej strony tego właśnie potrzebowała i miała ochotę tu i teraz otworzyć tą butelkę z głośnym hukiem i wziąć sporego łyka. Jednak jej bariery były mocniejsze od tej pokusy, a bynajmniej jak na razie.
Edward otworzył zębami swoją butelkę i upił z niej dużego łyka. Obserwowała go uważnie. Nadal był zabójczo przystojny, a od kiedy na jego brodzie pojawił się zarost, który dodawał mu uroku i którego jakoś nie zdążyła zauważyć był jeszcze „Gorętszy”.
- Przy tobie to niemożliwe. – powiedziała pewnie.
- Rozpuść włosy. – powiedział nagle zmieniając temat.
- Chyba sobie żartujesz!
- I tak twoja fryzura jest zepsuta, jestem tu tylko zwykły ja, co ci szkodzi?
„Właśnie co ci szkodzi? W twoim towarzystwie jest mega seksowny Ślizgon, a ty jeśli rozpuścisz włosy będziesz bardzo pociągająca.”
- Chyba jednak najpierw się napiję. – powiedziała, podając mu butelkę by ją otworzył. Ten od razu wiedział co zrobić i raz dwa oderwał korek swoimi zębami. Minerwa odebrała od niego butelkę Whisky i napiła się sporego łyku.
Co się z nią dzieję? Chyba już nie wytrzymała. Za dużo jak na jeden dzień. Za dużo nerwów z tą kanalią. Upiła kolejny łyk i kolejny. Poczuła, że alkohol rozgrzewa ją od środka, a ona sama jakby zyskała większą pewność siebie, po za tym zaczęło jej się kręcić w głowie.
Poczuła nagłą chęć rozpuszczenia włosów. Tak długo je więziła. Czas by choć na chwilę je uwolnić. Jednym ruchem zdjęła gumkę, a jej włosy jakby wiedząc co zrobić, opadły na ramiona i ładnie ułożyły. Jeszcze tylko przeczesała kilka kosmyków i zaraz potem wiedziała, że teraz jest idealnie.
- Tak jest o wiele lepiej. – Usłyszała głos Edwarda, który już otwierał następną butelkę. – O wiele, wiele lepiej.
Upiła ostatni spory łyk i również wzięła następną Ognistą. Tym razem sama ją otworzyła i od razu wzięła ogromny łyk, może za duży, bo mała stróżka alkoholu spłynęła jej leniwie po podbródku, kończąc swoją wędrówkę, gdzieś w piersiach dziewczyny.
- Nie marnuj alkoholu. – Uśmiechnął się w jej stronę i nieco chwiejnym krokiem podszedł do niej i złapał za ramiona by utrzymać jako taką równowagę, zbliżył swą twarz do jej piersi i językiem wędrował po jej dekolcie, drogą wyznaczoną przez alkohol. W końcu dotarł na samą górę i zlizał koniuszkiem języka Ognistą z jej warg, by potem ją najzwyczajniej w świecie pocałować… w nos.
Nawet Minerwa szykowała już usta do pocałunku, lecz Edward po erotycznej zabawie, po prostu cmoknął ją w nos.
- Naprawdę ci do twarzy w tej sukience. Wyglądasz tak… delikatnie. Muszę przyznać, że wybrałem idealnie.
- To… to od ciebie?!
- Oczywiście, że tak… Wiesz… muszę w krzaki. – Uśmiechnął się w jej stronę, a ona tylko wywróciła oczami.
Szybko oderwał się od niej i chwiejnym krokiem ruszył w stronę pobliskiego lasku. Jak łatwo byłoby teraz wziąć miotłę i uciec. Ale nie chciała. Choć jej jedyna droga ratunku leżała tuż obok niej, ona nawet nie chciała spojrzeć w tamtą stronę. Było jej dobrze. Po raz pierwszy w życiu zaszalała i… podobało jej się to. Podobało jej się, że ma rozpuszczone włosy, że pije Whisky z gwintu, że Edward prawie ją pocałował i teraz ma ochotę wykąpać się w tym jeziorze… nago.
Wkrótce pomyślała, że to szalony pomysł, jednak wcale z niego nie zrezygnowała.
„Dzisiaj dałam sobie więcej luzu niż mogłam sobie na to pozwolić teraz już nie mam żadnych granic.”
Najpierw zdjęła dwa perliste buciki, a potem zajęła się odpinaniem sukienki. Została w samej bieliźnie. Najpierw zdjęła stanik, a później niepewnie rozejrzała się wokół. I tak już było za późno. Szybko ściągnęła z siebie majtki i pognała pędem do jeziora. Woda była okropnie zimna. W końcu była połowa lutego. Co prawda śnieg już topniał, ale zima to zima. Poczuła jak jezioro mrozi jej ciało, ale się nie poddała. Weszła do połowy brzucha.
- No proszę, proszę. – Usłyszała Edwarda. Kompletnie o nim zapomniała. Mimo wszystko dalej nie żałowała tego co zrobiła, wręcz przeciwnie, spodobało jej się to, że się tu pojawił. – Niepotrzebnie zakładałem spodnie.
Wkrótce ujrzała jak zdejmuję buty, zdejmuję marynarkę, rozpina koszulę, ukazując swój wyrzeźbiony sześciopak i niezłe bary. Do stery ubrań dołączyły także spodnie i bielizna.
Minerwa, widząc męskość Edwarda speszyła się jak nigdy dotąd. Przecież ona nigdy na oczy nie widziała! Ona nigdy tego nie robiła. Ale poczuła się w jakimś stopniu gotowa i to właśnie do zrobienia tego z nim. Nim zdążył do niej podejść wystarczająco blisko, dziewczyna sama się na niego rzuciła całując namiętnie. Jej ręce automatycznie wpiły się w jego włosy, a on choć zdziwiony szybko przyciągnął ją do siebie i zaczął oddawać pocałunki. Czuła jak jego męskość robi się twarda.
Edward pieścił rękoma jej piersi, ugniatając je lekko. Ich języki płonęły w tańcu. Oboje zionęli alkoholem, ale im to nie przeszkadzało. Robins złapał McGonagall za dwa pośladki i ku jego uciesze usłyszał jej cichy jęk, a potem podciągnął ją na górę, a ona oplotła go nogami. Nadal się całując wyszli z wody, a kiedy już byli na brzegu, oboje rzucili się na ziemie. To Edward górował, co nieco przeszkadzało Minerwie, jednak ona i tak była niedoświadczona, więc nawet nie chciała być tą na górze. Robins oderwał się od jej ust i oboje zaczęli ciężko dyszeć.
- Chyba czas rozdziewiczyć Mc-Zawsze-Dziewice, co?
Wywróciła oczami, słysząc jego standardową odzywkę w jej stronę, a on tylko się zaśmiał i cmoknął ją w nos.
- Nie zamierzam nic robić przeciw twojej woli. – powiedział całkiem poważnie. – Dlatego powiedz tylko słowo, a…
Wzruszyła ją ta powaga i troska wobec niej. Chyba jeszcze nigdy się tak w stosunku do niej nie zachował.
- Zgadzam się. – Przerwała mu szybko, a on już wiedział co robić.
Bez ostrzeżenia wszedł w nią, a ona głośno jęknęła i jedna samotna łza spłynęła po jej policzku. Wkrótce jednak, gdy Edward zaczął się w niej coraz szybciej poruszać ból przerodził się w niesamowitą rozkosz. Jęki Minerwy co chwilę były przerywane przez namiętne pocałunki Edwarda. Wkrótce poczuła, że dochodzi. On również, dlatego też w porę wyjął swoją męskość i spuścił się na plażę.
Oboje dyszeli i sapali ze zmęczenia. Edward opadł koło niej. Odnalazł jej rękę i splótł ją ze swoją.
- Czujesz coś do mnie? – spytał nagle.
Świdrował ją swoimi niebieskimi tęczówkami, oczekując odpowiedzi, a ona głęboko się nad nią zastanawiała.
- Sądzę, że tak. – odparła w końcu. – A ty?
- Ja też. – powiedział. – Co z tym robimy?
- Nie mam pojęcia… - przyznała cała się rumieniąc.
- Chcę z tobą chodzić. – Och doprawdy jak on może mówić takie rzeczy prosto z mostu? On jest jakimś kosmitą… lub po prostu idiotą! – A ty chcesz?
- Ja… nie wiem… dopiero teraz zacząłeś mnie traktować jak dziewczynę…
- Zawsze próbowałem cię tak traktować, ale ta twoja nienawiść do Ślizgonów bardzo mi to utrudniła. – powiedział naburmuszony. Minerwie chciało się śmiać. Wyglądał zupełnie jak małe dziecko, któremu ktoś odmówił słodyczy. – To co? Chcesz?
- No nie wiem… - powiedziała uśmiechając się tajemniczo. – Jak mnie zawieziesz wprost do mojego dormitorium to nad tym pomyślę.
Wstała i zaczęła się ubierać. To samo uczynił Edward z nieco skwaszoną miną. Wkrótce oboje wsiedli na miotłę i tym razem Minerwa była mocno przytulona do Robinsa. Wkrótce byli pod jej dormitorium, okno zostawiła otwarte, więc bez problemu wśliznęła się do pokoju. Edward niczym cień wszedł za nią.
- Więc?
- Co „więc”? – spytała bezczelnie się z nim drocząc. Bawiła ją ta sytuacja.
- Chcesz ze mną chodzić? – spytał zniecierpliwiony.
- Odpowiem ci jutro.
- O nie! Będę tu stał póki mi nie odpowiesz!
Minerwa wywróciła oczami.
- O jeny! Zgadzam się, kanalio! – odparła i zamknęła oczy, gdyż była bardzo zmęczona. Nie zauważyła więc nawet kiedy Edward podszedł do niej na tyle blisko by ją mocno przytulić i rzucić się z nią na łóżko.
- Teraz na pewno stąd nie odejdę. – mruknął jej do ucha, a ona z uśmiechem usnęła w jego ramionach.




A więc tak : PRZEPRASZAM za nieobecność ale są wakacje i się bawię.. Do domu późno z domu wcześnie i tak o. Miniaturka NIE moja, a mojej NAJLEPSZEJ PRZYJACIÓŁKI / SIOSTRY OD INNEGO OJCA I MATKI która też bardzo lubi pisać i w ogóle, a najbardziej o kimś z Harr'ego Potte'ra. Mojej nie mam czasu skończyć, jak na razie.. Zdradzę wam tylko, że to będzie nie o Draco i Hermionie, a o Ginny i Blaise. Mam nadzieje, że mi się uda.  Rozdział w połowie gotowy.. 

JESZCZE RAZ PRZEPRASZAM I PROSZE O CIERPLIWOŚĆ !!! 

 Całuje Sectun Sempraa :*


sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 11

         

          Dni szkolne minęły bardzo szybko. Nauczyciele cały czas mówili o OWTM-ach i SUM-ach. Zadawali mnóstwo pracy domowej, przez co uczniowie siódmych i piątych klas cały czas siedzieli z nosem w książkach. Nikt nie był zadowolony z tego faktu, poza jedną wyróżniającą się Gryfonką. Tak, Hermiona Granger. Jej jako jedynej nie ciążyło siedzenie w książkach i przygotowywanie się do zajęć. A wręcz przeciwnie. Cieszyła się, z każdej zadanej pracy i zawsze odrabiała na czas i najlepiej. W chwilach przerwy rzadkich i krótkich rzecz jasna ale zawsze przerwach pomagała innym.

          Kiedy w piątek po południu zadzwonił wielki dzwon, informujący, że nadszedł koniec lekcji wszyscy odetchnęli z ulgą. 

- Więc w co się jutro ubierzesz ? – zapytała Ginny, kiedy razem z Hermioną wyszły z sali Mugoloznawstwa. 

- Jeszcze nie wiem, pomożesz mi wybrać – odpowiedziała Hermiona i uśmiechnęła się przyjaźnie do przyjaciółki. Wiedziała, że sprawia jej to nie małą przyjemność. Jak na tak młodą osobę, na modzie znała się lepiej niż nie jedna stylistka.

- A więc, idziemy do Ciebie tak ? – zapytała uśmiechając się szeroko.

- Tak, ale tylko po jakąś torebkę i pieniądze.  Zabieram cię do mugolskich sklepów.

- Jak to ? Przecież my nie ..

- Ja jestem prefektem i mogę – powiedziała starsza Gryfonka i triumfalnie się uśmiechnęła, na co tej drugiej odebrało mowę a w oczach tańczyły iskierki szczęścia.

          Wspólnie doszły do dormitorium Hermiony, zabrały jakieś zimowe kurtki, ciepłe czapki, szaliki i rękawiczki, bo pogoda była poniżej zera.  Odpowiednio ubrane udały się do dyrektorki, aby skorzystać z kominka. Po wypowiedzeniu hasła ‘’ Muffinki ‘’ weszły do środka. Odkąd Hermiona była tam ostatnim razem dużo się zmieniło. Owalne pomieszczenie, o kolorze ścian kawy z mlekiem. Podłoga z ciemnego drewna i tego samego koloru meble. Na samym środku leżał okrągły, duży, krótkowłosy szary dywan zasłaniający prawie połowę podłogi. Na jego środku stało biurko z krzesłem i dwa skórzane czarne fotele dla gości. Za nim znajdował się ogromny regał cały w szufladach i szafkach. Jedynie na samym środku była półka przykryta szkłem, w którym znajdowała się Tiara Przydziału. Na każdej szafce bądź szufladzie były złote plakietki z napisem na przykład ,, Akta uczniów’’ albo ,, Dokumenty szkolne ‘’. Nad drzwiami wisiał herb Hogwartu, a na około niego, godła wszystkich czterech domów. Po lewej stronie od drzwi znajdowała się ławka i do niej krzesło, najprawdopodobniej do sprawdzania prac uczniów. Zaś po prawej stronie stał kominek. Była to jedna z niewielu rzeczy, które pozostały nie zmienione i na swoim miejscu. Również obrazy, jakby nie naruszone wisiały na ścianach i obserwowały wszystko co się dzieje. Obie dziewczyny były pozytywnie zaskoczone tym remontem. Z transu wyrwał ich sztywny głos dyrektorki:

- Chciałyście coś ?

- Tak pani profesor – odparły równocześnie i spojrzały na siebie z uśmiechem – chciałyśmy 
skorzystać z sieci Fiuu. Jako prefekt mam chyba do tego prawo i mogę zabrać jedną osobę. Obiecuje wrócimy przed 22– kontynuowała Hermiona.

- A z jakiej to okazji ? – dopytywała McGonagall.

- Na zakupy – tym razem zabrała głos Weasley’ówna.

- No niech będzie. Tylko szybko, mam parę spraw na głowie, a zresztą zaraz będę mieć… - przerwała na chwile słysząc pukanie do drzwi – O już są. No pośpieszcie się – ponagliła je. Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szybko weszły do kominka i Hermiona krzyknęła Dziurawy Kocioł i już ich nie było.

          Z Dziurawego Kotła udali się na tłoczne ulice Londynu. Wszędzie można było zobaczyć śpieszących się gdzieś ludzi, dzieci wracające ze szkoły lub bawiące się gdzieś na placu zabaw bądź podwórku. W powietrzu unosiła się woń spalin samochodowych. Na około było mnóstwo sklepów i restauracji. Ginny nie mogła wydobyć z siebie nawet najmniejszego dźwięku, ponieważ była tak oczarowana całym miejscem. Hermiona patrzyła na nią z rozbawieniem i pociągnęła za rękę do najbliższej galerii, czyli do Tamizy. W środku po obu stronach, w rzędach były sklepy z najróżniejszymi rzeczami. Galeria miała cztery piętra. Na pierwszym były artykuły spożywcze, na drugim, rzeczy gospodarcze, na trzecim odzież, dodatki, buty itp., a na czwartym salony kosmetyczne, zakłady fryzjerskie i spa. Dziewczyny wzięły największy wózek jaki mogły i pognały na trzecie piętro. Najpierw weszły do sklepu Clothing. Były tam sukienki na wszystkie okazje. Krótkie, długie, na ramiączka, do kostek i wiele innych. Chodziły tak między wieszakami i przymierzały najróżniejsze.

- I co ? Może ta ? – zapytała Hermiona.

- Nie, za bardzo taka poważne. A przymierz tą – odpowiedziała Ruda , rzucając jej następną 
sukienkę.

- I jak ? – zapytała szatynka wychodząc z przymierzalni.

- Tak, wydaje mi się, że będzie idealna – powiedziała ruda uśmiechając się szeroko.
Wyszły ze sklepu z pełnymi torbami ciuchów, bo poza sukienką na jutrzejszą dyskotekę kupili również masę innych. Okazało się, że Hermiona miała spore oszczędności. Ich następnym celem był sklep Shoes for every occasion . Wewnątrz wszędzie były poustawiane regały, a w nich buty. Każdy regał zawierała inne. Jeden buty na obcasie, drugi trampki, trzeci klapki. Ginny aż od tego oczy się zaświeciły i  pierwsze co pobiegła do butów na obcasie i na koturnie. Chodziły przymierzały, ale żadne nie pasowały do sukienki jaką kupiły. Oczywiście wybrały jeszcze inne, bo były tak piękne, że nie sposób się oprzeć. Kiedy zrezygnowane miały wychodzić Hermiony wzrok przyciągnęły jedne, które stały prawie na samym dole w jednym z rogów. Przymierzyła je i obie pojedynczym spojrzeniem stwierdziły, że będą idealne. Zadowolone opuściły sklep po prawie godzinie.

- Nie zostało nam zbyt dużo czasu – stwierdziła Ginny patrząc na wielki zegar w centrum galerii.

- W taki razie jeszcze tylko dodatki i wracamy – odpowiedziała Herm i ruszyła w stronę sklepu Shiny. Zakupy w tym sklepie minęły im bardzo szybko. Sprzedawczyni szybko im doradziła wszystkie dodatki i dała spory rabat. Z uśmiechami i pełnymi torbami wyszły z galerii i kierowały się w stronę Dziurawego Kotła. Na miejscu nie czekając na nic wróciły do Hogwartu.

- No wróciłyście akurat na kolację. Już szybko – powiedziała profesor McGonagall. Dziewczyny popędziły do swojego dormitorium zostawić zakupy i udały się na kolacje.

- Gdzie wy byłyście cały dzień ? – zapytał Harry kiedy usiadły przy stole Gryffindoru.

- Na zakupach – odparły razem i zabrały się za jedzenie. Po skończonym posiłku wróciły do dormitorium Hermiony. Rozpakowały torby i jeszcze raz zachwycały się swoimi zakupami.

- Ja idę się zobaczyć Blaise’m – oznajmiła Ginny i już miała wychodzić ale zatrzymał ją głos Hermiony.

- Przyjdź do mnie później, zrobimy sobie babski wieczór. Jak wrócę z patrolu – zaproponowała.

- Dobra, ja przyjdę wcześniej i wszystko przygotuję.

- Okej – odpowiedział z uśmiechem a Ginny opuściła pokój. Hermiona z braku lepszego pomysłu odrobiła wszystkie lekcje i nim się obejrzała przyszedł czas na patrol. Przebrała się w luźne szare dresy, białą bluzkę na ramiączka, czarne trampki i trochę za dużą czerwoną bluzę. Włosy spięła w luźny kok i wyszła. Doszła na miejsce gdzie zawsze spotykała się z Draco 10 minut przed czasem, wiec usiadła na parapecie i patrzyła w gwiazdy wspominając jak razem z Malfoy’em patrzyła w nie w noc balu. Na samo wspomnienie się uśmiechnęła. Nagle usłyszała kroki dobiegające z lochów, a zaraz później ukazał jej się blond włosy mężczyzna. Szybko zeskoczyła z parapetu i podeszłą do niego.

- Idziemy ? – zapytał, na co dziewczyna przytaknęła głową. Spacerowali po korytarzach w milczeniu. Nie było ono uciążliwe albo niezręczne, każde pogrążone w swoich myślach nawet nie zwracało na nie uwagi.

- W czym jutro idziesz ? – zagadał Ślizgon po godzinie patrolu.

- Zobaczysz – odpowiedziała i uśmiechnęła się zalotnie. Malfoya zdziwił taki obrót spraw. Myślał że będzie raczej zniesmaczona tym, ze w ogóle musi tam iść. A sądząc po jej postawie, chyba się cieszyła.

- To przynajmniej kolor powiedz, żebyśmy przynajmniej w małym stopniu do siebie pasowali. Wiesz w końcu idziesz tam jako moja dziewczyna -  powiedział i poruszył brwiami uśmiechając się przy tym szarmancko.

- Każda będzie pasować – stwierdziła tajemniczo.

- Kobiety.. – szepnął tak żeby nikt go nie usłyszał – nie będzie ci przeszkadzać, że przedstawie cię tam jako moją dziwaczne ? – to już wypowiedział nieco głośniej.

- Co ? – zapytała nieobecna.

- No bo ja powiedziałem, że będę tam z dziewczyną i wiesz tak trochę głupio teraz.

- Ugh. Dobra – zgodziła się, ale nie dlatego że tak on chciał. Sama tego chciała. On miał w sobie to czego nie miał Ron. Nie wiedziała do końca co, ale na pewno wkrótce do tego dojdzie. Draco miał podobne uczucia, tyle że on patrzył z perspektywy, ze nie jest panienką na jedna noc jak wszystkie. Każda inna leciała na jego kasę albo wygląd a jej to nie obchodziło. Zaimponowała mu też tym, że nie boi się go, jak poniektórzy.  Po tej krótkiej wymianie zdań już w milczeniu skończyli patrol.

- To jutro o 19 będę na ciebie czekał pod portretem Grubej Damy – oznajmił i uśmiechnął się uroczo. Hermiona na te słowa zarumieniła się lekko i nieśmiało skinęła głową po czym weszła do pokoju. W środku już czekała na nią Ginny. Szybko przebrała się w piżamę jak jej przyjaciółka  i usiadła z nią na łóżku pogrążając się w rozmowie.
- I jak było na patrolu ? – zapytała niby obojętnie Ruda. 


- No a jak miało być ? Tak jak zawsze. Chodziliśmy po korytarzach. Mało rozmawialiśmy prawie w ogóle. A jak tak to krótko o jutrzejszym dniu. Będzie czekał o 19 pod portretem – odpowiedziała.

- No powiedzmy, że ci wierzę. To teraz największa plotka w szkole. Słyszałaś, że starsza Greengras miała szybki numerek w składziku na miotły z Goyle’em. Filch ich przyłapał i zaprowadził do McGonagall. Dostali taki opieprz, że szkoda gadać – entuzjazmowała się Weasley.

- Co ?! No nie wierze. Naprawdę ?

- Tak. Ja też była w taki szoku jak mi Blaise powiedział. Ostro nie ?

- No, naprawdę. Ale w składziku ?

- Prawda – podsumowała Ruda i obie się głośno roześmiały i otworzyły pierwszą butelkę Whisky – Podobno związek Cho i Seamusa też rozkwita. Widziałam, jak spacerowali po błoniach. Wyglądają naprawdę na szczęśliwych. 

- To chyba dobrze nie ? Niech im się układa. Może kiedyś będą razem. Kto wie ? – powiedziała Hermiona i już miały inny temat. Tak opróżniły 3 butelki Ognistej i usnęły.

          Obudziły się o 12 i obydwie jak na zawołanie złapały się za głowy. Wczoraj trochę przesadziły, i to były tego konsekwencje.
- Ginny, już 12. Za chwilę obiad - zakomunikowała Hermiona i podeszła do szafy po ciuchy. Po chwili zniknęła za nimi i zrobiła poranną toaletę. Ubrała się w ciemno niebieskie jeansy, brzoskwiniowy sweterek na długi rękaw, czarne baletki. Na prawej ręce miała czarny zegarek z paskiem ze skóry. Włosy zaplotła w luźnego warkocza pozwalając paru kosmykom się wydostać i zarzuciła go do tyłu. Wyszła i zaczęła szukać dwóch buteleczek z Eliksirem na Kaca. W tym czasie najmłodsza latorośl Weasley’ów zajęła łazienkę.
Punkt 12.30 znalazły się w Wielkiej Sali na obiedzie. Usiadły przy stole i bez słów zabrały się do jedzenia kurczaka z warzywami  i pieczonych ziemniaków. Po skończonym posiłku każda wróciła do swojego dormitorium wcześniej umawiając się o 17 u starszej Gryfonki w celu przygotowania.    

          W tym samym czasie przy stole Domu Węża, dwóch przystojnych Ślizgonów z rozbawieniem patrzyli na dwie ledwo żywe Gryfonki.

- Ładnie się wczoraj bawiły. Ginny mówiła, że mają jakiś babski wieczór – powiedział czarnoskóry.

- Najwidoczniej – odpowiedział blondyn uśmiechając się – to idziemy na trening nie ? Dawno nie było.

- Ta – odpowiedział bez entuzjazmu.

- To po obiedzie na boisku. Powiedz reszcie – dodał i opuściła W.S. 

          Trening drużyny Ślizgonów trwał dobre trzy godziny. Opracowali nową taktykę, na pierwszy mecz w sezonie. Będą grali z Kruponami, tym samym rozpoczynając sezon. Zmęczeni , ale i zadowoleni z siebie wrócili do szatni. Zrobili szybką przbiórkę i poszli korzystać z weekendu. W dormitorium Draco razem z Blaisem siedzieli rozmawiając, jak to rozniosą w drobny mak Kukonów.

- A tak w ogóle Smoczku, już 17, nie szykujesz się ? Nie chciałbyś się chyba spóźnić na randkę z niejaką Panną Hermioną Granger – zaśmiał się, za co został spiorunowany wzrokiem przyjaciela.

- Tak, nie chciałbym, wiec rusz swoją dupę i wyjdź – powiedział grzebiąc w szafie.

- Dobra, tylko mnie nie zabij zaraz – powiedział, udając przestraszonego – miłej ZABAWY – dodał akcentując ostatnie słowo i zniknął za drzwiami, w które chwilę później uderzyła para butów.

- Z kim ja się zadaje – mruknął Draco pod nosem i zniknął w łazience.

          -Hermiona ! Jestem. Przepraszam za spóźnienie ale.. – urwała Ginny, widząc smacznie śpiącą przyjaciółkę. Tak jak tamta kiedyś, tak ona teraz ją obudzi. Podeszła do łóżka, chwyciła za dwa końce kołdry, i jednym szybkim ruchem ściągnęła ją z łóżka, co spowodowało, że Panna-Wiem-To-Wszystko-Granger wylądowała na podłodze. Ruda wybuchła niepohamowanym śmiechem, przez co oberwała poduszką.

- Co ty robisz ?! Za co ? Przecież.. Ugh ! – Hermiona wpadła w istną furię, ale po chwili roześmiała się razem z przyjaciółką.

-Leć do łazienki, jest 17.30 – odezwała się po paru minutach Ginny. 

-Co ?! Nie mogłaś wcześniej powiedzieć ? – zbulwersowała się szatynka.

- Co ?! Ale ja..

- Dobra nie ważne – przerwała jej Hermiona, chwyciła wcześniej przygotowaną czarną bieliznę i pognała do łazienki. Po chwili już było słychać lecącą wodę.

- Co za kobieta ! – powiedziała sama do siebie Weasley i podniosłą poduszkę, którą jeszcze parę chwil temu dostała i poprawiła posłanie, po czym usiadła na nie i chwyciła książkę, którą najwidoczniej Hermiona czytała. Z braku lepszego pomysłu, czekając na przyjaciółkę przeczytała parę stron i stwierdziła, że jest naprawdę ciekawa.

- Co tam czytasz ? – zapytała brązowo oka wychodząc z łazienki.

- Pożyczysz mi ją jak przeczytasz ? – zapytała ignorują wcześniejsze pytanie.

- Już przeczytałam, chcesz to weź.

- Dzięki, a teraz siadaj, trzeba cię zrobić na bóstwo – powiedziała Ruda i doskoczyła do Hermiony a oczy świeciły jej z podniecenia. Całe przygotowania minęły w ciszy, a zakończyły się 15 minut przed czasem.

- Wyglądasz bosko – podsumowała młodsza Gryfona – ja idę, Umówiłam się z Blaisem – dodała i wyszła. Do szatynki nie dotarły te słowa, była za bardzo oczarowana swoim wyglądem. Krótka czarna sukienka na cienkich ramiączkach do połowy ud, z dużym dekoltem i białym suwakiem, przechodzącym przez sam środek sukienki. Bardzo wysokie, czarne szpilki na koturnie przy palcach i cienkim obcasie z odkrytymi palcami pomalowanymi na biało. Na ręce mieszane czarne i złote bransoletki, w uszach czarne wkręty w kształcie gwiazd. Szyja ozdobiona złotym, krótkim łańcuszkiem w kształcie księżyca. Na kostce złota bransoletka. Palce u rąk pomalowane na biało-czarno. Włosy tylko podkręcone i przerzucone na bok. Na twarzy delikatny makijaż. Oczy podkreślone cienką czarną kreską i rzęsy jakby dłuższe. Usta pomalowane krwistą szminką a policzki lekko prawie niezauważalnie podkreślone. Wszystko wyglądało magicznie. Hermiona otrząsnęła się z transu, chwyciła swoja małą czarą torebkę, na siebie założyła czarną skórę, popsikała się jeszcze swoimi ulubionymi różanymi perfumami i była gotowa do wyjścia, akurat zegar pokazywał 19. Wyszła przed obraz i jej oczom ukazał się przystojny blond włosy mężczyzna. Ubrany w czarne spodnie trochę luźniejsze niż rurki, białą bluzkę i czarną marynarkę. Na nogach miał białe adidasy z dwoma czarnymi paskami po bokach. Włosy jak zwykle w nieładzie. W ręku trzymał piękną czerwoną różę.

- Cześć- powiedziała, widząc że na niego nie ma co liczyć. On tylko popatrzył na nią od góry do dołu.

- Pięknie wyglądasz – odpowiedział i uśmiechnął się zalotnie. W rzeczywistości chciał powiedzieć, że wygląda jak anioł. Krótka sukienka bo połowy ud pokazywała jej szczupłe nogi, duży dekolt uwydatniał pełne piersi. Wysokie buty wydłużały nogi. Podkreślone oczy hipnotyzowały jeszcze bardziej niż zwykle a czerwone usta aż prosiły się o pocałunek. Biżuteria jaką miała tylko dodawała jej gracji. Nigdy nie wyobrażał sobie, że ta Gryfonaka, przez wszystkich postrzegana jaka szara myszka i kujonica może ubrać tak odważne ciuchy i wyglądać tak seksownie, tak zjawiskowo – Proszę, to dla ciebie – podał jej kwiat i  ponownie się uśmiechną, tym razem uroczo, co wywołało rumieniec na twarzy dziewczyny.

- Poczekaj chwile – zakomunikowała i ponownie przeszła przez obraz. Nie minęła minuta a pojawiła się z powrotem – Byłam wstawić do wody.

- Dobrze – odpowiedział i zaoferował jej swoje ramię. Ona z przyjemnością je przyjęła i w tedy poczuła te perfumy. Te same jak za każdym razem, tego zapachu nie da się opisać, były przepiękne i zapewne bardzo drogie. On miał podobne odczucia. Poczuł ten sam różany zapach, ten sam kiedy przeszła koło niego ignorując go i nie zaszczycając nawet najmniejszym spojrzeniem i w tedy sobie coś uświadomił. To te perfumy czuł, kiedy powąchał Amortencje. To były jej perfumy. 

- Więc, dokąd mnie zabierasz ? – zaczęła temat.

- Niespodzianka, mogę ci tylko powiedzieć, że w tym momencie idziemy do Hogsmeade. Stamtąd teleportujemy się do Londynu, a więcej dowiesz się na miejscu – powiedział tajemniczo i uśmiechnął się cwaniacko przed siebie. Hermiona przewróciła na to oczami Faceci – pomyślała.

- Draco ? A tak  w ogóle co się stało z Nott’em ? – chłopak spoważniał i cały spiął się na samo wspomnienie tego nazwiska. Dziewczyna wyczuła jego stres więc szybko dodała – Nie mów jak nie chcesz.

- Dostałem dziś list z Ministerstwa. Jestem wzywany na przesłuchanie w środę, Jako główny pokrzywdzony. Tobie pewnie też wyślą jako świadek – powiedział z kamienna mina i obojętnym głosem.

- Wszystko w porządku ? – zapytała widząc nieobecny wzrok chłopaka.

- Szczerze ? Nie. To był mój przyjaciel, jeszcze jako małe gnojki bawiliśmy się razem, a teraz od wykręca mi taki numer. Nie mogę w to uwierzyć – wyrzucił z siebie, a jego głos był przepełniony żalem tak jak spojrzenie. Hermiona nie wiedziała co powiedzieć, więc zatrzymała się gwałtownie i ignorując pytające spojrzenie chłopaka przytuliła go. Z początku nie pewnie, jakby bała się, że znów ja odtrąci i powie, ze musi się odkazić, bo jest cały w szlamie, ale kiedy chłopak objął ja w tali i bardziej przyciągnął do siebie pewniej wtuliła się w jego szyje a on w jej włosy.

- Dziękuje – powiedział i uśmiechnął się pokrzepiająco.

- Przecież od tego przyjaciele. Może nie powiem, ze jesteśmy nimi tak jak ja z Ginny, czy ty z Blaisem, ale w jakiś sposób nam na sobie zależy, bynajmniej mi. I wiedz, ze zawsze jak masz jakiś problem, możesz się do mnie zwrócić – powiedziała odsuwając się od niego, ale cały czas trzymała ręce na jego ramionach, a on na jej tali.

- Mi też na tobie jakoś tam zależy – uśmiechnął się i znów wziął ją pod ramię. Teraz szli w ciszy z  delikatnymi uśmiechami na twarzy – Złap mnie za rękę, będziemy się teleportować.

- Ale przecież nie możemy używać czarów poza szkołą – mówiła i z każdym słowem jej głos był coraz cichszy.

- Jesteśmy pełnoletni słońce, teraz możemy wszystko – powiedział i wyciągnął w jej stronę rękę, a ona bez żadnego zawahania ujęła ja. Oboje poczuli szarpnięcie w okolicach pępka i po chwili stali przed klubem dyskotekowym  Best . Był to ogromny budynek w miejscu oddalonym od ulicy głównej. Z środka słychać było już głośną muzykę a przez okna wychodziły kolorowe światła. Zauważyli stojącą przed wejściem grupkę ludzi. Na ich widok wszyscy się uśmiechnęli i zaczęli podążać w naszym kierunku. Hermiona katem oka spojrzała na Draco i zobaczyła, że on również się uśmiecha, to musieli być ci znajomi. Pogrążona w myślach nie zauważyła, że właśnie się zatrzymali a Draco położył swoją rękę na jej tali.

- Siema stary – zwrócił się do Draco wysoki mężczyzna o zielonych oczach, jak można było dostrzec w świetle dwóch lamp.

- Siema -  Draco podał rękę po kolei wszystkim chłopakom, a dziewczyny przytulił. Były trzy pary – To jest Hermiona – zwrócił się to przyjaciół – A to jest Zack z Emily – chłopak, który pierwszy się odezwał i szatynka o krótkich prostych włosach z niebieskimi oczami – To Kevin z Alyson – chłopach o ciepłych brązowych oczach i czarnych włosach średniego wzrostu i niska dziewczyna o czarnych włosach i piwnych oczach – A to Dylan i Kate – chłopak dość niski o blond włosach i brązowych oczach i dziewczyna w rudych włosach i niebieskich oczach.

- Miło mi – odpowiedziała Granger i podała rękę kolejno każdej osobie, zaczynając od dziewczyn a kończąc na chłopakach.

- To jak zapalimy i wchodzimy ? – zapytał Zack na co wszyscy z wyjątkiem Hermiony mu przytaknęli. Poczęstował każdego i kiedy nadszedł czas na Draco szatynka popatrzyła na niego i gdyby nie to, że chłopak ja trzymał zapewne by upadła. Nigdy nie przypuszczała, że Malfoy pali, ale w sumie, ona też kiedyś paliła. Później podczas Bitwy o Hogwart rzuciła, ale dlaczego ma się dobrze nie bawić ? Kiedy nadeszła jej kolej sama wyciągnęła jednego z paczki i zapaliła. Reakcja blondyna była bardzo podobna, tyle, że u niego zmianę zobaczy tylko osoba, która się uważnie przyjrzy. Czyli z całego grona, było to tylko Hermiona. Rozmawiali chwilę po czym w wyśmienitych humorach weszli do środka. Klub był ogromny. Ściany w kolorze fioletowym, a przy nich drewniane stoły z kanapami zrobionymi ze skóry. Na przeciwko drzwi barek, a po jego prawej stronie podwyższenie dla didżeja, a po lewej korytarz który prowadził do toalet. Na środku parkiet, a w samym centrum sufitu ogromna kula obijająca się najróżniejszymi światłami. Wszyscy poszli do jednego ze stolików i zamówili po jednym piwie. Siedzieli tam jakiś czas śmiejąc się wspominając stare czasy. Hermiona czuła się trochę niezręcznie. Uśmiechała się tylko delikatnie i śmiała co jakiś czas.

- To może idziemy tańczyć ? Chyba po to tu głównie przyszliśmy – zaproponował Malfoy, jakby czując skrępowanie dziewczyny. Wszyscy panowie jak na zawołanie porwali swoje dziewczyny i zaciągnęli na parkiet. Akurat leciała jakaś szybka piosenka, wiec śmiejąc się podrygiwali w jej rytm. Później puszczono jakiś wolniejszy kawałek. Draco spojrzał na Hermione jakby pytał czy może na co ona uśmiechnęła się uroczo i przytaknęła głową. Po chwili tkwili w swoich ramionach i zapomnieli o wszystkim co się wokół nich dzieje. Tańczyli tak jeszcze parę kawałków, czasem szybszych czasem wolniejszych. Co utwór Hermiona lądowała w objęciach jednego z przyjaciół Malfoy’a. W prawdzie nie znali się długo, ale bawili świetnie. Po paru godzinach wrócili padnięci do stolika i wypili jeszcze parę piw.

- My się już będziemy zbierać, jest późno – powiedział Draco już lekko wcięty.

- No co ty ? Kurde no nie gadaj ? – oburzył się Dylan.

- Wiesz jak jest – odpowiedział.

- No dobra. To w takim razie do następnego – tym razem odezwał się Kevin.

- Na pewno – powiedział Malfoy pomagając nałożyć skórę Hermionie.

- Na razie – pożegnała się szatynka i przytuliła każdego z kolejna, to samo uczynił Draco. Chwilę później stali już w opuszczonej uliczce i z powrotem teleportowali się do Hogsmeade. Droga do zamku minęła im w ciszy. Doszli do bramy, Draco wyjął z kieszeni klucze i otworzył mini bramę przepuszczając pierwszą dziewczynę, po czym samemu wchodząc i zmykając ja z powrotem. Gryfona lekko zachwiała się na nogach, bo dopiero teraz poczuła skutki wypitego alkoholu.

- Uważaj – zaśmiał się Ślizgom i wziął ja za rękę.

- Jest taka piękna pełnia, chodź usiądziemy na ławce – zaproponowała dziewczyna – Proszę – dodała widząc niepewny wzrok towarzysza.

- Dobra ale tylko na chwilę.

-Tak – ucieszyła się i pociągnęła go w stronę ICH ławki. Siedzieli tak patrząc na księżyc, kiedy Hermiona zrobiła coś czego Malfoy by się w życiu nie spodziewał. Położyła głowę na jego ramię jedną dłoń splotła z jego. Chłopak był tak zdziwiony zaistniałą sytuacja, że nie wiedział co ma zrobić. W końcu objął ja jedną ręką a brodę oparł o jej głowę.

- Draco co czułeś jak się dowiedziałeś, że twój ojciec trafił do Azkabanu ? – zapytała po dłuższej ciszy.

- Ból chyba, ale czułem się też wolny. Od tamtej pory nikt mi nie mówił co mam robić , więc czułem wolność. Zimno ci ? - zapytał kiedy poczuł, że jej ciało przeszedł dreszcz.

- Nie.

- Przecież widzę, masz - dał jej swoja marynarkę i ponownie przytulił - A czemu pytasz ?

- Bo ja straciłam rodziców. Jestem teraz sama…

- Ej słońce – powiedział i uniósł jej podbródek tak, aby spojrzał mu w oczy – Nie jesteś sama. Masz mnie pamiętasz ? Zawsze możesz się do mnie zwrócić.. To chyba twoje słowa ?

- Moje, ale mi się nie da pomóc. Ja im zmodyfikowałam pamięć jak była wojna. Nie mogę ich teraz znaleźć. Brakuje mi ich. I nie można mi pomóc.

- Ale zawsze masz w kimś oparcie. Masz mnie, Ginnny, Blaise’a. Nie jesteś sama.

- Ale nie mam rodziców – powiedziała z bólem w głosie i szklankami w oczach. Draco nie wiedział co zrobić więc zastosował jej metodę. Po prostu ją przytulił. Pomogło. Najpierw się wypłakała, a później uspokoiła zasypiając.

- Jeszcze ich będziesz mieć, obiecuje – powiedział do siebie, wziął dziewczyna na ręce i zaniósł do swojego dormitorium. ZNOWU.


 Powracam :) 

Na razie tylko z jednym rozdziałem ale lepsze to niż nic nie ? Osobiście z rozdziału jestem zadowolona. Mam w nim to co chciałam. Może być trochę nudny, ale bardzo zależy mi na przyjaciołach Draco, bo wiąże z nimi pewien wątek, ale to później. Chciałam rozdział dodać wczoraj, ale nie wyrobiłam się. Możecie uważać, że jest to taka trochę sielanka, ale właśnie o to mi chodziło. Chciałam taki rozdział, w którym zbliżyłabym ich do siebie i myślę, że to był dobry pomysł.  No i oczywiście proszę o komentarze bo to ona są dla mnie największą motywacją.

No i co WAKACJE ? 

Jakie średnie ? Ja 4.21 Oczywiście nie byłabym sobą gdybym sobie czegoś nie zrobiła. Tym razem jest to zwichnięta rzepka w kolanie, więc będę miała dużo czasu na pisanie, bo do końca lipca, chyba, że się uda załatwić stabilizator. 

Dobra nie zanudzam tylko szczęśliwych wakacji. Wypoczywajcie i bawcie się przede wszystkim.

Ściskam i całuje Sectun Sempraa 


         

środa, 4 czerwca 2014

Tyle spraw tak mało czasu...

A więc najpierw WIELKI PRZEPROSINY. 

Nie mogę napisać teraz rozdziału i w ogóle raczej szybko się nie pojawi. Nie chodzi tu o brak weny a czasu. Wena jest i to duża, ale zbliża się koniec roku. Muszę popoprawiać parę rzeczy, i chodzę to takiej szkoły,  gdzie mam jeszcze dodatkowe obowiązki miedzi innymi obóz przetrwania.... Będzie ciężko, ale napisze rozdział jak najszybciej i wstawię. Mam już nawet pomysł, żeby napisać miniaturkę i trochę wam to wynagrodzić. 

Jeszcze raz bardzo PRZEPRASZAM i liczę na przynajmniej małe zrozumienie. 

To chyba wszystko co chciałam wam powiedzieć. 

PRZEPRASZAM ! 

Sectun Sempraa